26 stycznia 2008

Najpiękniejszy film o miłości...

"Wierny ogrodnik" - najpiękniejszy obraz miłości jaki kiedykowliek widziałam!!!
(reż. Fernando Meirelles)

Film określony jest etykietką thriller i faktycznie nim jest. Trzyma w napięciu do ostatnich centymetrów taśmy. Historia wciąga nie tylko umysł widza, ale także jego emocje. Zdjęcia i montaż nie pozwalają oderwać oczu od ekranu, muzyka podsyca nastroje, słów nie wypowiada się ani za wiele, ani też za mało - zachowana zostaje idealna proporcja formy i treści. Tort ten dodatkowo przełożony jest pyszną oscarową grą aktorską i mistrzowsko poprowadzoną reżyserią. Wirtuozja smaku!

Produkcje o miłości - delikatnie to ujmując - nie są faworyzowaną przeze mnie częścią dorobku kinematografii. Nie przepadam za tego rodzaju tworami (niekiedy wręcz potworami). Ta jednak nie jest kolejnym mdłym romansidłem z obowiązkowym romantycznym happy endem. (Choć z tym happy endem uściślając, to zależy jak widz odbiera zakończenie.)
Jak nie trudno się domyślić nie jest to także amerykańska produkcja rodem z Hollywood (jakże przecież niskie jest prawdopodobieństwo, by mogła nią być, prezentując zarazem sobą tak wysoki poziom).

Tematów reżyser porusza kilka - wszystkie są ważne, choć dotyczące różnych sfer ludzkiego życia. Mówi on o wielkich koncernach i ich pieniądzach, ogromnych niegodziwościach i wyzysku, braku współczucia i bezinteresownej pomocy, zaufaniu i zdradzie, lojalności i postępowaniu w zgodzie z zasadami (które niekiedy okazują się wyzute z podstawowych wartości)... Niby to idealna fabuła na kolejny płytki hit sezonu. Ale nie w tym wydaniu.

Jednak dla mnie "Wierny ogrodnik" traktuje przede wszystkim o miłości - ale nie tej słodkiej, naznaczonej trochę banalnymi dramatami, która, po kilku perypetiach znajdzie swój szczęśliwy finał. Mówi o pasji, która jest między słowami, w spojrzeniu dwojga ludzi, w ich myślach i czynach. Mówi o zrozumieniu i zaufaniu; szacunku dla potrzeb i pragnień drugiej osoby. Przedstawia uczucie, które, raz zrodzone nie umiera nawet jeśli jedno z kochanków opuszcza już namacalny świat żywych [prawie jak u Szekspira ;)].

Obraz ten pokazuje jak człowiek w imię miłości potrafi zmienić siebie, jak potrafi wydobyć z siebie coś, co jest zupełnie poza jego naturą; co jest tak głęboko schowane, że praktycznie można powiedzieć, że nigdy tego w sobie nie miał.

Na tle walki o sprawiedliwość, uczciwość i po prostu widzenie w innych ludziach istot z krwi i kości, które czują i chcą żyć jak każdy z nas rozgrywa się piękna, choć nieszczęśliwa historia miłości. Tytułowy ogrodnik z taką samą czułością, dokładnością i poświęceniem pielęgnuje swoje rośliny i piękne uczucie, które wzbudziła w nim wyjątkowa kobieta.

Film ten nie jest czymś co wzruszy, po czym zostanie już tylko w strzępach wspomnień w naszej pamięci na trochę dłużej niż chwilę. On wwierca się w myśli i nie pozwala zapomnieć o sobie; nawet po latach wzbudza emocje tak silne i głębokie jak tuż po zakończonym seansie.

Wbrew pozorom jestem strasznie wybredna i nie łatwo zadowolić moje podniebienie. Lecz ten obraz, którego smaku nigdy nie zapomnę, na dziesięć możliwych punktów dziesięć ode mnie dostaje.

POLECAM POLECAM i jeszcze raz POLECAM!!!


Dziś Drogi Czytelnik posmakował czegoś bardziej osobistego i traktującego o konkretnej, wyizolowanej rzeczy.
Nagła zmiana schematu pisanych tu postów wynika z tego, pod jak silnym wrażeniem tego filmu wciąż jestem.
Ale proszę się już nie obawiać - nazbyt rzadko daję ponieść się emocjom, by bez końca zanudzać Cierpliwego Czytelnika swoimi zachwytami ;)


A tak poza tym to:

Pozdrowienia z Budapesztu

Brak komentarzy: