31 stycznia 2008

30 stycznia 2008

Literatura faktu, obraz drogi

Dziś wyjeżdżam.
Niech nikt nie pyta mnie gdzie.
Nic nie powiem.
Wrócę - kiedy będę z powrotem.
Spakowałam się i zamykam walizkę.
Mam wszystko czego potrzebuję do tej podróży.
Jadę po jeszcze więcej.
Niech nikt mnie nie szuka - próżny trud.
Jestem zdeterminowana i pewna swojej decyzji.

Mam tylko jedno pytanko: ma ktoś może mapę...?

Sójka


[nikogo chyba na tyle nie wciągnęło powyższe by mogło być wzięte na serio ;))) a o co mi chodziło? hmmm... - dobre pytanie ;))) ]


W drodze











... 3...

29 stycznia 2008

Pomarudzić... ludzka rzecz

Co za dzień! Co za dzień dzisiaj!!!
Szaro-buro, brzydko, morko i nieprzyjemnie...
Co za dzień!!!!

W oczach obluzowały mi się jakieś zawiasy czy coś, bo powieki bez przerwy opadają z wielkim hukiem. Siły urządziły dziś strajk, chęci są na chorobowym (i nie wiadomo kiedy wrócą), myśli do tej pory leżą nieżywe i leczą olbrzymiego kaca, humor stwierdził, że nie będzie za innych harował i nadrabiał braków (bo go to nie bawi) i nawet zdrowie powiedziało, że składa wymówienie i nie będzie mi już dalej służyć.
W ten oto sposób, zdradziecko porzucona przez tych, na których najbardziej polegałam, zostałam sama, samiuteńka z niecodziennym u mnie zjawiskiem - rozsadzającym czaszkę ciśnieniem tętniczym.
Ironia losu doskonale wie, kiedy się pojawić. Typowa persona non grata - wkręci się na tą imprezę, gdzie najbardziej jej nie chcą.

Przecież ja mam zawsze zatrważająco niskie ciśnienie (ambitnie dążę do pobicia rekordu śpiącej królewny), a głowa boli mnie raz na dziesięć lat.
Tylko, no właśnie... "zawsze" to jest coca-cola, a "raz na dziesięć lat" - jak z samej definicji wynika - w końcu też się przecież zdarza.

Już myślałam, że jestem dzieckiem szczęścia i wybrańcem Losu, lecz... suma summarum okazuje się, że nic nadzwyczajnego dziś się nie zdarzyło. Ot, po prostu co dekadę nawiedzający mnie ból głowy i typowa, "piękna" szkocka pogoda. Tego drugiego już niedługo będę miała w nadmiarze...


P.S. Wszystkiego naj naj najlepszego dla Ciebie nasz Little Farfoclu :*


Twierdza do zdobycia



... 4...

28 stycznia 2008

Przepełniona ironią padła mucha na ryjka

Opadłam już zupełnie z sił i do tego chyba jestem chora. Ale o tym sza...
To sprawa super tajna - wagi państwowej ;))

Z braku sił i zupełnego zaniku funkcji myślowych, odgrzebałam coś sprzed lat.
Mały wstęp, a później już tylko "rozterki" biednej matki, której rozdarte serce musi wybrać między miłością do "niezwykłego" dziecka, a pragnieniem bycia uważaną za wciąż w pełni poczytalną. Przygarnąć potwora, otulić go swoimi ramionami i z dumnie podniesioną głową pokazywać swój "cud" innym czy wyrzec się go, zachowując w zamian twarz i szacunek???
;)
[Gwoli wyjaśnienia: są to fragmenty z moich komentarzy utrwalonych podczas męczarni pisania pracy- pracy, która pozwoliła mi skończyć z udawaniem, że coś wiem ;) Notatki te są obrazem i dokumentem zarazem mojego jakże wtedy opłakanego stanu umysłu. ]

" Ostateczność mnie dopadła!

Trzeba dopełnić danego słowa. Cały naród na mnie patrzy, Rodzina na mnie patrzy, pies na mnie patrzy, króliki na mnie patrzą (och nie – przepraszam, pomyłka! króliki powybijał mi Linda, gdy palił mój dom udając psa… OK, pomińmy króliki.)

Powiedziałam to, a dokładniej napisałam – wprost i bez ogródek: „obronię się”.

Więc skoro trzeba walczyć, to i trzeba się odpowiednio przygotować.

...

Proszę trzymać za mnie kciuki, bo takiej historii jeszcze świat nie oglądał. Postaram się relacjonować „na żywo” przebieg sytuacji, choć wiem, że nie będzie to łatwe. Pole walki łatwo wciąga, miksuje psychikę i człowiek w pewnym momencie zapomina po co tam przybył. Brnie tylko do przodu, by wypełnić powierzone zadanie, by wykończyć cel… I nie zawsze wraca już do normalności…

Żegnam się więc na tych stronicach z wszystkimi których kocham!

...

Jestem właśnie na etapie sprawdzania tego potwornego chłamu, który sama stworzyłam. Wydałam na świat potwora, a teraz staram się zatrzeć ślady swojej szalonej zbrodni. Gniot jest niestety tak olbrzymi i odporny na wszelkie próby "uczłowieczenia", że muszę się ostatecznie pogodzić z okrutną myślą. Winnam teraz pokochać swoje dziecię takim jakim jest, mimo wszelkich jego ułomności.


Ale czy otoczenie je zaakceptuje, czy pozwoli mu istnieć na takich samych prawach, z jakich w pełni korzystają inne dzieła mądrych studentów? Czy nie będzie cierpiało prześladowań ze względu na swoją odmienność???

Czas pokaże…


Jednakże postaram się zrobić wszystko co w mojej mocy, by jak najlepiej przystosować mego potwora do życia w normalnym świecie. Proces socjalizacji został już rozpoczęty. Mam nadzieję, że metody wychowawcze w postaci skreśleń, nanoszonych poprawek i miliona dopisków dadzą upragniony efekt.

ŻYJ SAM I DAJ ŻYĆ MOJEMU POTWORKOWI!!! "

...

Słowa miały już swoje pięć minut. Teraz czas na coś dla wzrokowców.

Nocne motocykla historie



5...

26 stycznia 2008

Najpiękniejszy film o miłości...

"Wierny ogrodnik" - najpiękniejszy obraz miłości jaki kiedykowliek widziałam!!!
(reż. Fernando Meirelles)

Film określony jest etykietką thriller i faktycznie nim jest. Trzyma w napięciu do ostatnich centymetrów taśmy. Historia wciąga nie tylko umysł widza, ale także jego emocje. Zdjęcia i montaż nie pozwalają oderwać oczu od ekranu, muzyka podsyca nastroje, słów nie wypowiada się ani za wiele, ani też za mało - zachowana zostaje idealna proporcja formy i treści. Tort ten dodatkowo przełożony jest pyszną oscarową grą aktorską i mistrzowsko poprowadzoną reżyserią. Wirtuozja smaku!

Produkcje o miłości - delikatnie to ujmując - nie są faworyzowaną przeze mnie częścią dorobku kinematografii. Nie przepadam za tego rodzaju tworami (niekiedy wręcz potworami). Ta jednak nie jest kolejnym mdłym romansidłem z obowiązkowym romantycznym happy endem. (Choć z tym happy endem uściślając, to zależy jak widz odbiera zakończenie.)
Jak nie trudno się domyślić nie jest to także amerykańska produkcja rodem z Hollywood (jakże przecież niskie jest prawdopodobieństwo, by mogła nią być, prezentując zarazem sobą tak wysoki poziom).

Tematów reżyser porusza kilka - wszystkie są ważne, choć dotyczące różnych sfer ludzkiego życia. Mówi on o wielkich koncernach i ich pieniądzach, ogromnych niegodziwościach i wyzysku, braku współczucia i bezinteresownej pomocy, zaufaniu i zdradzie, lojalności i postępowaniu w zgodzie z zasadami (które niekiedy okazują się wyzute z podstawowych wartości)... Niby to idealna fabuła na kolejny płytki hit sezonu. Ale nie w tym wydaniu.

Jednak dla mnie "Wierny ogrodnik" traktuje przede wszystkim o miłości - ale nie tej słodkiej, naznaczonej trochę banalnymi dramatami, która, po kilku perypetiach znajdzie swój szczęśliwy finał. Mówi o pasji, która jest między słowami, w spojrzeniu dwojga ludzi, w ich myślach i czynach. Mówi o zrozumieniu i zaufaniu; szacunku dla potrzeb i pragnień drugiej osoby. Przedstawia uczucie, które, raz zrodzone nie umiera nawet jeśli jedno z kochanków opuszcza już namacalny świat żywych [prawie jak u Szekspira ;)].

Obraz ten pokazuje jak człowiek w imię miłości potrafi zmienić siebie, jak potrafi wydobyć z siebie coś, co jest zupełnie poza jego naturą; co jest tak głęboko schowane, że praktycznie można powiedzieć, że nigdy tego w sobie nie miał.

Na tle walki o sprawiedliwość, uczciwość i po prostu widzenie w innych ludziach istot z krwi i kości, które czują i chcą żyć jak każdy z nas rozgrywa się piękna, choć nieszczęśliwa historia miłości. Tytułowy ogrodnik z taką samą czułością, dokładnością i poświęceniem pielęgnuje swoje rośliny i piękne uczucie, które wzbudziła w nim wyjątkowa kobieta.

Film ten nie jest czymś co wzruszy, po czym zostanie już tylko w strzępach wspomnień w naszej pamięci na trochę dłużej niż chwilę. On wwierca się w myśli i nie pozwala zapomnieć o sobie; nawet po latach wzbudza emocje tak silne i głębokie jak tuż po zakończonym seansie.

Wbrew pozorom jestem strasznie wybredna i nie łatwo zadowolić moje podniebienie. Lecz ten obraz, którego smaku nigdy nie zapomnę, na dziesięć możliwych punktów dziesięć ode mnie dostaje.

POLECAM POLECAM i jeszcze raz POLECAM!!!


Dziś Drogi Czytelnik posmakował czegoś bardziej osobistego i traktującego o konkretnej, wyizolowanej rzeczy.
Nagła zmiana schematu pisanych tu postów wynika z tego, pod jak silnym wrażeniem tego filmu wciąż jestem.
Ale proszę się już nie obawiać - nazbyt rzadko daję ponieść się emocjom, by bez końca zanudzać Cierpliwego Czytelnika swoimi zachwytami ;)


A tak poza tym to:

Pozdrowienia z Budapesztu

25 stycznia 2008

"Dziwny przypadek psa nocną porą"

Mam bardzo paskudną cechę, podobno czysto kobiecą wadę. Lubię wydawać pieniądze.
Na razie ograniczam się tylko do własnych nie zerkając chciwie na cudze.
Nieszczęśliwy może być jednak ten, który w przyszłości zechce mnie usidlić w cieple rodzinnym. W końcu kobieta zmienną jest - może mi się uczciwość wyłączyć i zechcę sięgać częściej do portfela owego biedaka zamiast swojego.
Ale to na razie przyszłość gęstą mgłą osnuta - nic mi o niej nie wiadomo, więc i skupiać się teraz na niej nie będę.

Gdyby nieodzowny memu życiu rozsądek opuścić mnie zechciał, z pewnością poszłabym z torbami. A torby te byłyby ciężkie i pękate mimo wszystko. Korci mnie niekiedy, by nie patrząc na wszelkie bilanse, dać ponieść się nałogowi.
W końcu pieniądze szczęścia nie dają, dopiero zakupy - jak mówiła blondynka wszech czasów M.M.
Święte słowa! :))))

W okrutny przymiot wyposażył Stwórca człowieka - pożądanie. Daje tyle uniesień i radości, ale nie zaspokojone jest nie do wytrzymania.
Teraz będę miotała się na łóżku śniąc o przedmiotach mych pragnień ;) Ach... biedna ty moja słaba duszo niewieścia!
Cóż takiego męczyć mnie będzie... ?? - znów znalazłam kilka książek, które przegryźć muszę. Koniecznie!

Hmmm... ciekawe jak ja się z nimi wszystkimi spakuję do Szkocji??? Cóż... chyba nie wezmę kozaczków ;)

Skoro już o Brochu nadmieniłam:
(wtajemniczeni wiedzą o czym mowa ;) )

Made in Broch


24 stycznia 2008

Wejście Smo(cz)ka

Dziwne, jak od pewnego czasu łatwo przychodzi mi przyjmowanie nie najlepszych dla mnie wiadomości.
Czyżbym osiągnęła NIRVANĘ??? ;))) Choć raczej nie, bo używek w moim organizmie zbyt mało na ten stan ;)
Chwila smutku, lekka zaduma, a zaraz po tym (jeśli sprawa jest już nie do ruszenia) przyjęcie ślepych decyzji Losu.
Dziwne...

Ale nie o tym, nie o tym, nie o tym...

Trochę (bagatela 3 godziny) grzebałam dziś w świecie wspomnień utrwalonych za pomocą migawki. Zdjęcia mieszały się z obrazami z mojej (najwidoczniej nie aż tak pustej) głowy. Odleciałam do innych światów, innych chwil...
Mogłabym teraz wysunąć jakieś wykwintne podsumowania, głębokie zamyślenia nad ludzką podróżą po tym łez padole. Ale nie zrobię tego z dwóch prostych przyczyn:
1) Jestem na to jeszcze za młoda, by, zamiast żyć do przodu, przeżuwać wciąż to, co było ;)
2) Jestem jeszcze za głupia, żeby podołać takim wzniosłym myślom i życiowym prawdom ;)
Pierwszy jak i drugi powód jest równie dobry!

Ale proszę, co wynalazłam wśród tych kopców dowodów przeszłości - fotkę Tego, którego nie ma już tyle czasu, ale wraca, w końcu wraca :))))))

Duży, MAŁY i Najmniejszy

23 stycznia 2008

Uff...

Padam na ryjka! Po prostu padam na ryjka...

Dziś nic już nie napiszę, bo nie mam siły, ale też zwyczajnie nie chce mi się już.
Chciałabym pomarudzić sobie, bo to zawsze lżejszą mą duszę czyni, ale nawet tyle dla siebie nie jestem teraz w stanie zrobić.

Idę spać.

Z braku innych pomysłów, a może po prostu z braku jakichkolwiek oznak pracy mózgu, daję to:
(niech się chociaż Biedny Czytelnik rozerwie)

Granaty


Dobranoc...

22 stycznia 2008

Przymrużonym okiem podejrzane

Dzisiaj poczęstuję Cię Drogi Czytelniku zupełnie nowym (również dla mnie) daniem.

Była to popularna forma wizualno-werbalna pewnej gazetki - Bravo Girl. Ach... kiedy to było... ;)))) Tak na marginesie - ktoś w ogóle wie, czy wciąż jest w sprzedaży???
Ale wracając do tematu... dziś coś, czego jeszcze tu nie było: fotostory w moim wydaniu ;)
Nie będzie to oczywiście tak profesjonalna i wysokich lotów robota, jak we wspomnianym tytule, ale gdzież mi do tej klasy zawodników ;)))))

Niespodziewany gość

Pojawiła się, jak to mają w zwyczaju nadzwyczajni posłańcy, nie wiadomo skąd i kiedy dokładnie.




Wyłoniła się z jakiegoś zakamarka dziwnych wyobrażeń, czarnej dziury myśli. Zdecydowanie nie mogła być zjawiskiem pochodzącym z realnego świata, choć teoretycznie byłoby to możliwe. Ale skąd biedronka w połowie stycznia?!!!!
Po prostu - to nie była zwykła biedronka, o czym miałam się już za chwilę przekonać.
Osłupiała, ciągle niedowierzając temu, co widzę wpatrywałam się w maleńkiego gościa. Ona patrzyła na mnie, a ja na nią. Trwało to jakąś chwilę i pewnie ciągnęłoby się w nieskonczoność, gdyby nie przerwał tego podirytowany głos owada:
- Biedronki nie widziałaś?!
Szczęka z poziomu biurka opadła mi na podłogę...
- No widziałam, ale jeszcze nie słyszałam...
- Dobra! Koniec tych wstępów. Podnieś mnie bliżej do siebie, bo zaraz głos stracę od tego wydzierania się.
Byłam posłuszna jak szeregowiec.



- No! Napatrzyłaś się już?! Czemu wy zawsze tak samo durnie reagujecie?!
Moja odpowiedź była bardzo elokwentna:
- Yyyyy...
- Ok! Nie ważne! Wyjaśnijmy sobie na początku jedną sprawę - na pewno nie polecę Ci nigdzie po żaden kawałek chleba. Jak jesteś głodna skocz sobie do piekarni. Ja tu w innej sprawie...


Biedroneczka pokręciła się, spojrzała mi w oczy i kontynuowała:
- Jak gadam lubię sobie chodzić, więc ty uważaj żebym nie spadła z twojej nieporadnej łapy i słuchaj, bo dwa razy powtarzała nie będę. No i zamknij w końcu tą buzię, bo ci mucha wpadnie!


- Wiesz, mam chyba najnudniejszą robotę we wszechświecie. Nie najgorszą, bo na przykład takiej szczoteczce do zębów nie zazdroszczę, ale ciągle jednak najnudniejszą. A wiesz co robię?
- No... piekarzem na pewno nie jesteś, bo chleba nie chcesz dawać.
- Hmmm...? Ciekawe jak żeś to wydedukowała - powiedziała nie bez cienia ironii. - Nie pyskuj tylko słuchaj! Nie dość, że muszę odwalać takie nudy, to jeszcze się nadenerwuję!
- Przepraszam.



- Dobra, dobra. Nie gadaj tylko się skoncentruj! Jestem biedronką, co pomaga tym, co już sobie pomóc nie potrafią. Ale nie pomagam we wszystkim, bo w końcu jedna jestem, nie?!
Trochę mnie łaskotało, jak tak chodziła sobie po mojej dłoni marudząc te swoje złośliwości. Ale minę miałam pełną powagi i skupienia, by nie drażnić jej już bardziej.


- Ja jestem od tych spraw, co się tyczą wyborów i rozterek. A dokładniej mówiąc, co taki niezdecydowany delikwent ma ze sobą zrobić w życiu, żeby coś jednak zrobić, a nie przesiedzieć bezczynnie dziesiątki lat lub, co gorsza, męczyć się z jakimś bezsensownym zajęciem. A najnudniejsze w tym jest właśnie to, że muszę obwieszczać rzeczy oczywiste.


- Przecież to wszystko widać jak na dłoni, kto do czego się zrodził. No ale cóż - niektórym trzeba nawet słońce w pogodny dzień odnóżem wskazywać.


- Więc teraz przyszłam tutaj, bo z ciebie beznadziejny przypadek jest i sama nie dasz rady. Włącz mózg! Będę mówić co i jak ma być...



- ... tym, co czynić powinnaś w życiu według swojego przeznaczenia, zdolności i chęci jest...
Ale żeby nie było mi tak łatwo i aby mój odwieczny problem nie rozwiązał się tak banalnie, kochany sąsiad, który wyczuł chwilę jak jeszcze nigdy, postanowił kolejną dziurę w tym dokładnie momencie wyborować w swojej ścianie. Ma chyba ambicje zrobić z niej artystyczną metaforę sera szwajcarskiego.
Hałas w końcu ustał i zdążyłam jeszcze usłyszeć:
- ... i to da ci szczęście, zadowolenie i dochód. I to tyle!
- Ale czy mogłabyś jednak...


- To ja już skończyłam i spadam! Nie zagaduj mnie. Nie wiesz nawet ile jeszcze roboty dziś przede mną.


Jak powiedziała, tak też zrobiła. "Spadła" z mojej ręki na biurko, pomachała mi jeszcze skrzydełkiem na pożegnanie i najzwyczajniej w świecie poszła sobie tak samo jak przyszła - nie wiadomo gdzie, znikając mi z oczu nie wiadomo kiedy.

Ani chleba, ani przesłania...
Z całego tego owadziego obwieszczenia prawdy świetlistej usłyszałam tylko "brrr...", "wrrr..." i "zzz..." wiertarki sąsiada, a to niestety nie za wiele mi mówi.
Przynajmniej pocieszające jest to, że jednak istnieje coś, do czego się nadaję. Mogę robić coś w życiu czerpiąc z tego zadowolenie, a zarazem móc utrzymać dzięki temu rodzinę...
A co?? Jeszcze nie wiem... ale się dowiem!!!


(Mały przypis:
Biedroneczka faktycznie zaskoczyła mnie swoim pojawieniem się. Może taka rozgadana nie była, ale jednak mnie zaskoczyła ;) Raz, że pora roku nie ta, dwa - mój pokój to w końcu nie łąka pełna kwiecia, a po trzecie primo - właśnie musiałam pilnie wyjść. Tak więc zdjęcia robiłam na jednej ręce trzymając "modelkę", drugą naciskając spust migawki, a zębami zakładając sweter, buty i kurtkę. W związku z tym proszę wybaczyć, że nie są one z najwyższej półki. Forma wyszła słabo, ale chyba treść trochę to nadrabia ;)
A jeśli chodzi o historyjkę, to podobno za pomocą mitologii niegdyś tłumaczono sobie świat. Dlaczego więc dziś nie sięgnąć poza granice rozsądnego realizmu i dzięki swojej wybujałej wyobraźni zrozumieć nagłe pojawienie się w połowie stycznia małej biedroneczki.)

21 stycznia 2008

Puch marny

Uciekłam dziś jak szczur z tonącego okrętu. Myślałam tylko o własnym ogonie.
Czuję się z tym podle.

Cywilnej odwagi nie starczyło mi, by stanąć twarzą w twarz z nieubłaganym Losem. Zamiast dumnie wypiąć pierś i przyjąć ciosy, odwróciłam się i zrobiłam susa na względnie bezpieczną szalupę.

Ale, jak to w życiu bywa (choć wciąż nader rzadko) - dosięgła mnie może i niewidząca, ale sprawiedliwa Temida.
Szalupa okazała się dziurawa...

I tak oto zostałam sama przez się nabita w butelkę.


Zamiast Dżina w lampie




20 stycznia 2008

ŻURAWIE PRACUJĄCE STOLICY!!!

"Słodkie" czasy PRL-u dla pokolenia '80 nie są tak strasznym wspomnieniem, jak dla ludzi, których świat w roku szalonego wyżu demograficznego nie kończył się już jedynie na pieluchach tetrowych i wymęczonych pluszowych misiach.
Dla mnie czas Polski Ludowej to lekcje historii, opowieści Rodziców i wystane osobiście kolejki po kawę i cukier - dogorywające resztki wcześniejszego "stylu" życia.
Mamy już XXI wiek, ale echo tamtych czasów wciąż odbija się między ulicami, domami i ludźmi. Tylko dziś polega to w większości na wyszukiwaniu smaczków komunistycznej propagandy, prześciganiu się w tekstach z "Misia" czy też stylu retro w pubach.
Ale tak to już jest - z czasem emocje tracą na swej sile, a ludzie, którzy je w sobie nosili sami popadają w błogie zapomnienie lub zwyczajnie, by nie być wbrew naturze, odchodzą. Tym, co faktycznie zostaje są materialni, namacalni świadkowie minionych czasów (w tym przypadku między innymi plakaty, broszury, kroniki filmowe) i anegdoty, które przetrwają wieki.

Na jedną z takich ciekawostek natrafiłam ostatnio w miejscu, w którym najmniej chyba spodziewałabym się znaleźć jakikolwiek odnośnik do Polski czasów "dobrobytu i równości" - w książce o Afryce. Ale w końcu, skoro Polaka spotkać można w każdym zakątku świata, czemu nie miałoby być swojskiego akcentu w opisie Czarnego Kontynentu?!
Sprawa tyczy się jednego z komunistycznych narzędzi sprawowania władzy - cenzury. Zaplątany w to wszystko jest także mój niegdysiejszy "czarny koń" słowa pisanego - Joseph Conrad. (Z czasem musiał, jednak bez uszczerbku dla siebie samego, podzielić się swoim tronem z kilkoma innymi mistrzami pióra.) Powiązań tych można doszukiwać się ze względu na jego polskie korzenie, ale nie tędy droga. Chodzi mianowicie o jedno z jego dzieł.
Mimo tego, że oficjalnie wiara katolicka nie była faworyzowana w czasach PRL-u, to najprawdopodobniej względy moralne i jakieś wytyczne co do wychowania młodzieży w czystości i abstynencji seksualnej (bynajmniej do określonych lat dojrzałości) były przyczynkiem tej jednak zabawnej sytuacji.
Już nie owijając wełny w bawełnę... Jedna z książek autora wzbudził takie kontrowersje w generalnym biurze do spraw cenzury, że uniemożliwiło to druk tekstu przez kilka lat. A o cóż takiego chodziło?? O wrogie , zakłamane treści? O nabijanie ludziom głów banialukami o pozytywnych stronach kapitalizmu? O jakikolwiek atak na jedyny słuszny system - komunizm?
Nie! Chodziło o tytuł: Jądro ciemności...
Wszelki dodatkowy komentarz uważam za zbyteczny ;)))))))


Przeskakując na zupełnie inny temat: ponownie fauna, tylko taka trochę "inna"...

Azjatyckie żurawie

19 stycznia 2008

Wytargane ze strychu

Pamiętam jak dawno, dawno temu - gdy byłam jeszcze piękna i młoda - zima była okresem pełnym "ślizganych" niespodzianek. Szczytem ambicji podczas każdorazowego wyjścia z domu było utrzymanie się w pionie. Tak zwane zaliczenie gleby wiązało się z niekiedy kilkoma siniakami i, co gorsza, późniejszym wielkim śmiechem w szkole w razie dostrzeżenia tego faktu przez jakiegoś "życzliwego" znajomego.
Doskonale pamiętam jeszcze jak każdy taki zarejestrowany przez prześmiewcę akt uderzającego kontaktu z ziemią opisywany był na forum koleżeńskim z każdym szczególikiem. Wynikiem tego był oczywiście nie lada rumieniec na twarzy nieszczęśliwego bohatera opowieści.
Każdy niebaczny krok prowadzić mógł do niekontrolowanego poślizgu i wtedy przeklęte prawo ciążenia dawało boleśnie znać o popełnionym błędzie.
A dziś - gdy uroda już nie ta, a i zmarszczki nie są już tylko przerażającą wizją z przyszłości - mając na względzie kruchość wysłużonych kości, Los oszczędza mi tych słodkich chwil zaskoczenia. Nie mam pojęcia czy technologia produkcji podeszew przez te kilka lat tak się rozwinęła (choć kozaki na obcasie raczej anty-poślizgu nie mają ;) ), czy też mocniej zaczęłam stąpać po ziemi. A może to zimy już nie te...

Tak czy siak, zagłębiając się jeszcze na chwilkę w odmęty mojego umysłu, przytoczę tu pewną historyjkę.
Był koniec zimy roku pańskiego nie pamiętam dokładnie którego, ale jeszcze z tych smarkatych lat. Ciągle czujna, uważna na każdym zakręcie, z bilansem zera siniaków na koncie zdążałam zadowolona do domku. Pomyślałam sobie wtedy, że to tylko jeszcze kilka tygodni i wyjdę zwycięsko z potyczki z lodowymi pułapkami złośliwego gruntu pod nogami.
No właśnie... pomyślałam - i to był błąd! Nigdy nie dumaj, gdy ślizgawka tuż tuż!!! Ta moja przedwczesna radość i totalna nieuwaga skończyła się w jedyny możliwy i dopuszczalny sposób...
Jak nie trudno się domyślić, wywinęłam orła jak się patrzy. Tylko, że to nie był taki tam sobie zwykły orzeł. O nie! Jak ja już zaliczam jakąś wpadkę, to oczywiście z pompą. Widzę to cały czas przed oczami jak na taśmie puszczonej w zwolnionym tempie...
Słabym ogniwem okazała się prawa noga, która pięknym ślizgiem wyniosła swoją zaskoczoną lewą koleżankę na poziom mojego nosa, by już za chwilę w porywie zazdrości starać się z nią zrównać. Później już całe ciało włączyło się w ten danse macabre. Oszołomione takim zwrotem akcji ręce podjęły rozpaczliwą próbę ratowania sytuacji poprzez rozpostarcie się na boki i wariackie trzepanie w górę i w dół. W ślad za prawą ręką podążyła wciąż silnie trzymana przez nią reklamówka z bogu ducha winnym masłem. W tym, w żaden sposób niekontrolowanym szale ciała, czując, że zderzenie mojego tyłka z ziemią jest już bliskie, rzuciłam ostatnie, pełne litości i współczucia spojrzenie na owo masełko. Wiedziałam, że już mu nie pomogę...
Trzask! Prask! Bum! Łup... Łubudu!!!
Stało się to, co prawa fizyki przewidziały już wieki wcześniej. Leżałam jak długa czując pod sobą zimny chichot i szyderstwa zadowolonego z siebie lodu. Pokonana, z poobijaną du...mą wstałam nieporadnie zbierając z ziemi ciągle roztrzęsione ręce i powyginane w esy floresy nogi. Normalnie w podobnej sytuacji spuściłabym wzrok, podwinęła ogon pod siebie i poszła jak niepyszna do domu. Lecz tym razem wzrok wbity w dół byłby tylko jeszcze większą torturą oglądania wciąż tryumfującego skrawka ślizgawki. I wtedy, gdy myślałam, że gorzej być nie może...
(I tu Drogi Czytelniku pomyślałeś zapewne, że ktoś z "życzliwych"  był świadkiem całego tego zjawiskowego upadku słabej istoty ludzkiej (czyli mnie), co oznaczałoby chodzenie po szkole z czerwoną ze wstydu twarzą przez co najmniej tydzień. Otóż... mylisz się!!! Ehh... człowiek ma skłonność do poszukiwania w kryzysowej sytuacji jeszcze głębszej tragedii ;) )
Wracając do przerwanego wątku:
I wtedy, gdy myślałam, że gorzej być nie może... zobaczyłam je. Masło leżało dwa metry ode mnie nie wykazując żadnych oznak życia. Myślałam, że jest z nim źle, ale dopiero podchodząc bliżej zrozumiałam jak bardzo się pomyliłam. Z nim było tragiczne! Przyglądając się potłuczonym kantom i wgniecionym powierzchniom zdałam sobie sprawę, że inni tak często naprawdę mają dużo gorzej.
Napełniona tymi pozytywnymi myślami zebrałam maślane zwłoki i zapominając zupełnie o swoim bólu lekko kuśtykając powlokłam się do domu.
Mama nigdy jeszcze nie dostała ode mnie tak artystycznie zmęczonej bryłki masła :))))
KONIEC

Fakt jest taki, że w tragicznym tym zderzeniu mojego jestestwa z glebą żywicielką mniej było poezji i niezwykłości, niż to przedstawiłam. Ale ileż częściej wspomnienia piękniejsze są od rzeczywistości...
Na dowód powyższego przedstawiam:

Znalezione w starym albumie












18 stycznia 2008

Hmmm...

Powszechnie wiadomo i przyjmuje się te wiadomości bez najmniejszego szemrania, że pustka nie kryje w sobie żadnych tajemnic. Z definicji wynika, że nic w niej nie ma. A wręcz można powiedzieć, że jest tam właśnie NIC.
Na razie wszystko wydaje się być jasne (chyba...?).
Pozostaje tylko pytanie czy NIC przedstawia sobą jakąś wartość poznawczą, czy jest tylko niepotrzebnie walającym się bublem.
Co o tym NICZYM wiemy?? ...jest antytezą CZEGOŚ - więc musi jednak mieć w sobie COŚ, co sprawia, że warto, by NIC istniało, choć kwitnie w nie-bycie; przedstawia ono nieistnienie istnienia; jest zaprzeczeniem bycia CZEGOŚ.
Tylko, że właśnie... NIC jest NICZYM - tak, ale nie na tyle zupełnym zerem, że aż niepotrzebnym. Potrzebne jest CZEMUŚ, by podtrzymywać pewność jego bycia. Czyli jednak bezwartościowym wymysłem świata NIC być nie może. Bez NICZEGO COŚ nie byłoby już tak pewnym i niezaprzeczalnym CZYMŚ. Zabrakłoby jego przeciwwagi - NICZEGO, która tylko jeszcze bardziej ugruntowuje naszą wiarę w prawdziwość i poprawność znaczenia CZEGOŚ.
...
...
...
... I tak by można bez końca... dążyć do CZEGOŚ w NICOŚCI ;))))))


A teraz już bądźmy poważni! (Bynajmniej się postaram hihihihi...)
Spieszę z wytłumaczeniem tego mojego pseudofilozoficznego zamyślenia. Ale poważnie też nie będzie, tak jak i powyższa niby-to-retoryka nawet kropli trzeźwego rozsądku nie miała ;))))
Ot taka tam zabawa słowem. Boję się tylko, co ze mną będzie jak rozjuszone słowa zaczną się w odwecie bawić mną... ;)))

A więc chodziło tylko o to, że... chciałam samej sobie wmówić - a prawie się udało - iż ta totalna pustka w mojej głowie, którą teraz właśnie mam, może mieć jednak w sobie jakąś tajemnicę, która warta jest odkrycia; chciałam sama sobie udowodnić, że ten totalny, wszechogarniający mnie brak tłoczący się ze mnie na zewnątrz, z dokładnie takim samym skutkiem zwrotnym (niestety), nie jest tak zupełnie pozbawiony CZEGOKOLWIEK.
I proszę!!! Kto szuka, ten znajduje... nawet gdyby miało to być NIC, które bezmyślnie przelałam na "karty" tego bloga, a Szalony Czytelnik [z całym szacunkiem, ale musisz być szalony skoro jeszcze tego nie zostawiłeś ;)))] kończy właśnie czytać.

Dziękuję za uwagę i proszę nie myśleć źle o filozofii. Jest ona czymś zupełnie innym i tysiąckroć ciekawszym od powyższego, choć niekiedy nie mniej zawiłym ;)
Naprawdę świetna sprawa!!! :D


A teraz coś trochę milszego i ciekawszego (mam nadzieję) - most, z którego rzucały się rażone tragiczną miłością blond piękności, by oddać swoje życie odmętom wody. Ich włosy wciąż powiewają na wietrze błyszcząc w promieniach zachodzącego słońca...
(Oczywiście bajeczka zmyślona na poczekaniu, ale ileż romantycznego uroku dodaje :D:D:D:D:D)

Babi most

14 stycznia 2008

Przerwa

Tapetowanie trwa!

W związku z tym wszystkie inne przyjemności idą na razie w odstawkę do kąta.

Powyższe tyczy się również zdjęć i dziwnych tekstów tworzonych przez mój zwichrowany rzeczywistością umysł. Działalność na blogu zawieszona jest do odwołania!

Na pocieszenie (tak chyba bardziej dla mnie):

Niebiańskie widoki








12 stycznia 2008

Miał być van Gogh, ale... nie będzie

Dziś nie jest jednak dobry dzień na zabijanie... - jakby mógł powiedzieć Linda do swoich Psów.

Zawsze zdarza się dzień inny - tak naprawdę zupełnie inny niż wszystkie i właśnie takiego dziś doświadczam.

Chwila zadumy w kąciku może pozwoli mi przyjrzeć mu się z boku i zobaczyć, o co tak rzeczywiście poszło.


Oaza ciszy


11 stycznia 2008

Morze może

"Cisza na morzu, wicher dmie, za chwilę bałwan odezwie się, a tym bałwanem będzie ten..."

Nie ma chyba brzdąca czy też dzieciaka na emeryturze (czyli mniej lub bardziej dorosłego członka naszego pięknego społeczeństwa), które by nie znało tej przedszkolnej zabawy. Nawet jeśli ktoś ominął ten jakże uroczy przedsionek edukacji szkolnej, zapewne i tak wie, o czym mowa.
Był to świetny sposób na uciszenie choć na chwilkę gromady rozbrykanych dzieci. W końcu żadne nie chciało zostać bałwanem - toć to hańba dla całej rodziny na cztery pokolenia do przodu i psa. Z czasem jednak duża część byłych przedszkolaków zaniedbywała groźbę wstydu w razie odezwania się w nieodpowiednim momencie. Czym dalej ich życie zagłębiało się w otchłanie wieku, tym mniej czcigodnych obywateli pamiętało zakończenie wierszyka.

I jaki mamy tego efekt??

Nie trzeba się wcale trudzić, by znaleźć dowody tych moich dywagacji... wystarczy włączyć po prostu telewizyjną Dwójkę na czas emisji obrad Sejmu. A to jest tylko mała próbka tego, co Polak potrafi... niestety.

Cisza... na morzu

10 stycznia 2008

Była flora - teraz czas na faunę

Dziś zostałam "zaatakowana" miłosiernym gestem. Mniejsza już, o co dokładnie chodziło - ważne jest to, że ludzie, aczkolwiek niekiedy może w troszkę pokraczny sposób, chcą i potrafią ciągle troszczyć się o siebie nawzajem.
Mimo zupełnego braku wszelkich koligacji rodzinnych czy towarzyskich miła starsza Pani postanowiła wspomóc "biedne dziewczę" (jak wdzięcznie zostałam określona). Wbrew pozorom i mylnemu zrozumieniu sytuacji przez ową życzliwą Panią, nie spełniałam warunków osoby potrzebującej. Jednak zaistniałe zdarzenie wywindowało poziom mojego dobrego humoru i sympatycznego rozbawienia na wyżyny, dodało skrzydeł i dolało jeszcze więcej oliwy do mojego naiwnego, lecz gorącego ognia.
Tą prostą naiwność - wiarę w drugiego człowieka, ludzie często nazywają współcześnie "głupotą", ja nazywam to "nadzieją".

Skoro o ludziach tak wiele zostało powyżej napisane, to nie bądźmy już monotematyczni.
Dziś obrazy z cyklu "a teraz coś z zupełnie innej beczki":

Jak pies z kotem... i nie tylko








...

9 stycznia 2008

Syryjskie pastwiska zielone piachem okraszone

Dzień tak pospiesznie przemknął obok mnie, że nawet nie zauważyłam kiedy mnie mijał. Nie umiem się ciągle zdecydować czy tkwię jeszcze w Dniu, czy już szukam swojego miejsca w Nocy. Oczywistym jest co wygra i przejmie mnie na te kilka godzin, ale w tej chwili mam nieodparte wrażenie, że zawieszona jestem w bardzo dziwnym miejscu, w niezbadanej przestrzeni czasu.
I muszę powiedzieć, że czuję się z tym, delikatnie to określając, nieswojo, wręcz głupio. No bo jak można się tak pogubić w czymś, co dokładnie odmierzane jest przez rytmiczne tyk, tyk tyk...
Widocznie moje talenta są nieograniczone - czego niekiedy żałuję. Ileż łatwiej byłoby nie wpadać w takie "dziury", z którymi nie wiadomo później co zrobić ani w jaką półkę świadomości je schować.
Pójdę sobie teraz do kącika i popluję sobie w nim zamyślając się nad moją sytuacją...

W ramach zadośćuczynienia dla cierpliwych Czytelników, których jeszcze nie zanudziło to, co powyżej zawarte zostało (bądź zanudziło, ale są zbyt dobrze wychowani, żeby przerywać komuś nawet "przytruwającą" wypowiedź) przedstawiam Jego:

Syryjski Pastuszek i Jego stadko












8 stycznia 2008

Zachwyt laika

Wiem, że to, co teraz napiszę, dla niektórych może zabrzmieć jak zachwyt amatora. Ale ja przecież amatorem wciąż jestem ;)

Niesamowite co można zrobić za pomocą myszki i jednego programu. Para ta potrafi zastąpić dziś wielkie czerwone pomieszczenie wypełnione po brzegi tysiącem różnych odczynników i tym podobnych mikstur magicznych. Ale i czar pracy ze zdjęciem w prawdziwej, tradycyjnej ciemni też ginie - niestety...
Jeden programik i wystarczy, by zrobić coś takiego:
(Tak na marginesie - to nie jest na pewno "dzieło" Adobe Photoshop'a. Graficzną obróbką zdjęć też się pewnie zajmę, ale jeszcze nie teraz. Powolutku, małymi kroczkami i dojdę tam, gdzie zamierzam ;) Teraz kończę truć i zapraszam do oglądania.)


7 stycznia 2008

Wielki rzut

Już teraz spokojna, choć ze stanem przedzawałowym w kieszeni, mogę załączyć kolejną dawkę zdjęć.
Tylko... no właśnie - i tu w pełnej krasie wyszła na jaw moja kobieca natura - nie mogę się zdecydować: intensywny czy też bardziej stonowany zestaw... hm???
I po co kombinowałam i szukałam nowych opcji? Potrzebne mi to było?! Ale to cała ja - jak nie kombinuję to nie żyję ;)
A propos... podobno życie jest sztuką wyborów. Ale, że mi się nie chce aktualnie tej sztuki uprawiać, zostawiam Ciebie - Szanowny Czytelniku z tym dylematem. Sam zdecyduj...

Wielki rzut

Intensywny






czy bardziej stonowany?








P.S. Pozdrowienia dla Szalonego Cyklisty :*