Pamiętam jak dawno, dawno temu - gdy byłam jeszcze piękna i młoda - zima była okresem pełnym "ślizganych" niespodzianek. Szczytem ambicji podczas każdorazowego wyjścia z domu było utrzymanie się w pionie. Tak zwane zaliczenie gleby wiązało się z niekiedy kilkoma siniakami i, co gorsza, późniejszym wielkim śmiechem w szkole w razie dostrzeżenia tego faktu przez jakiegoś "życzliwego" znajomego.
Doskonale pamiętam jeszcze jak każdy taki zarejestrowany przez prześmiewcę akt uderzającego kontaktu z ziemią opisywany był na forum koleżeńskim z każdym szczególikiem. Wynikiem tego był oczywiście nie lada rumieniec na twarzy nieszczęśliwego bohatera opowieści.
Każdy niebaczny krok prowadzić mógł do niekontrolowanego poślizgu i wtedy przeklęte prawo ciążenia dawało boleśnie znać o popełnionym błędzie.
A dziś - gdy uroda już nie ta, a i zmarszczki nie są już tylko przerażającą wizją z przyszłości - mając na względzie kruchość wysłużonych kości, Los oszczędza mi tych słodkich chwil zaskoczenia. Nie mam pojęcia czy technologia produkcji podeszew przez te kilka lat tak się rozwinęła (choć kozaki na obcasie raczej anty-poślizgu nie mają ;) ), czy też mocniej zaczęłam stąpać po ziemi. A może to zimy już nie te...
Tak czy siak, zagłębiając się jeszcze na chwilkę w odmęty mojego umysłu, przytoczę tu pewną historyjkę.
Był koniec zimy roku pańskiego nie pamiętam dokładnie którego, ale jeszcze z tych smarkatych lat. Ciągle czujna, uważna na każdym zakręcie, z bilansem zera siniaków na koncie zdążałam zadowolona do domku. Pomyślałam sobie wtedy, że to tylko jeszcze kilka tygodni i wyjdę zwycięsko z potyczki z lodowymi pułapkami złośliwego gruntu pod nogami.
No właśnie... pomyślałam - i to był błąd! Nigdy nie dumaj, gdy ślizgawka tuż tuż!!! Ta moja przedwczesna radość i totalna nieuwaga skończyła się w jedyny możliwy i dopuszczalny sposób...
Jak nie trudno się domyślić, wywinęłam orła jak się patrzy. Tylko, że to nie był taki tam sobie zwykły orzeł. O nie! Jak ja już zaliczam jakąś wpadkę, to oczywiście z pompą. Widzę to cały czas przed oczami jak na taśmie puszczonej w zwolnionym tempie...
Słabym ogniwem okazała się prawa noga, która pięknym ślizgiem wyniosła swoją zaskoczoną lewą koleżankę na poziom mojego nosa, by już za chwilę w porywie zazdrości starać się z nią zrównać. Później już całe ciało włączyło się w ten danse macabre. Oszołomione takim zwrotem akcji ręce podjęły rozpaczliwą próbę ratowania sytuacji poprzez rozpostarcie się na boki i wariackie trzepanie w górę i w dół. W ślad za prawą ręką podążyła wciąż silnie trzymana przez nią reklamówka z bogu ducha winnym masłem. W tym, w żaden sposób niekontrolowanym szale ciała, czując, że zderzenie mojego tyłka z ziemią jest już bliskie, rzuciłam ostatnie, pełne litości i współczucia spojrzenie na owo masełko. Wiedziałam, że już mu nie pomogę...
Trzask! Prask! Bum! Łup... Łubudu!!!
Stało się to, co prawa fizyki przewidziały już wieki wcześniej. Leżałam jak długa czując pod sobą zimny chichot i szyderstwa zadowolonego z siebie lodu. Pokonana, z poobijaną du...mą wstałam nieporadnie zbierając z ziemi ciągle roztrzęsione ręce i powyginane w esy floresy nogi. Normalnie w podobnej sytuacji spuściłabym wzrok, podwinęła ogon pod siebie i poszła jak niepyszna do domu. Lecz tym razem wzrok wbity w dół byłby tylko jeszcze większą torturą oglądania wciąż tryumfującego skrawka ślizgawki. I wtedy, gdy myślałam, że gorzej być nie może...
(I tu Drogi Czytelniku pomyślałeś zapewne, że ktoś z "życzliwych" był świadkiem całego tego zjawiskowego upadku słabej istoty ludzkiej (czyli mnie), co oznaczałoby chodzenie po szkole z czerwoną ze wstydu twarzą przez co najmniej tydzień. Otóż... mylisz się!!! Ehh... człowiek ma skłonność do poszukiwania w kryzysowej sytuacji jeszcze głębszej tragedii ;) )
Wracając do przerwanego wątku:
I wtedy, gdy myślałam, że gorzej być nie może... zobaczyłam je. Masło leżało dwa metry ode mnie nie wykazując żadnych oznak życia. Myślałam, że jest z nim źle, ale dopiero podchodząc bliżej zrozumiałam jak bardzo się pomyliłam. Z nim było tragiczne! Przyglądając się potłuczonym kantom i wgniecionym powierzchniom zdałam sobie sprawę, że inni tak często naprawdę mają dużo gorzej.
Napełniona tymi pozytywnymi myślami zebrałam maślane zwłoki i zapominając zupełnie o swoim bólu lekko kuśtykając powlokłam się do domu.
Mama nigdy jeszcze nie dostała ode mnie tak artystycznie zmęczonej bryłki masła :))))
KONIEC
Fakt jest taki, że w tragicznym tym zderzeniu mojego jestestwa z glebą żywicielką mniej było poezji i niezwykłości, niż to przedstawiłam. Ale ileż częściej wspomnienia piękniejsze są od rzeczywistości...
Na dowód powyższego przedstawiam:
Znalezione w starym albumie
19 stycznia 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz